APOLOGIA KALWINIZMU
Charles Spurgeon
Stara prawda, którą głosił Kalwin,
prawda, którą głosił Augustyn, jest prawdą, którą ja też głosić muszę.
Inaczej sprzeniewierzyłbym się mojemu sumieniu i Bogu. Nie wolno mi
zniekształcać prawdy. Daleko mi do wygładzania ostrych kantów
biblijnego nauczania. Mam tę samą Ewangelię, którą miał John Knox. Ta,
która przeszła przez Szkocję, musi teraz znów przejść przez Anglię.
Jest czymś wspaniałym, jeżeli
człowiek rozpoczyna życie chrześcijanina wierząc dobremu i solidnemu
biblijnemu nauczaniu. Niektórzy ludzie w ciągu dwudziestu lat przyjęli
dwadzieścia różnych rodzajów „Ewangelii” i trudno jest przewidzieć, ile
ich jeszcze przyjmą, zanim dotrą do końca swej wędrówki. Dziękuję Bogu,
że tak wcześnie nauczył mnie tej Ewangelii, która jest mi tak bliska i
droga, że nie chcę znać żadnej innej. Ciągłe zmienianie wyznania wiary
przynosi jedynie straty. Jeżeli jakieś drzewo jest przesadzane dwa albo
trzy razy w roku z miejsca na miejsce, wtedy nie ma potrzeby budować
wielkiego spichrza na owoce.
Dobrze jest, jeżeli młodzi wierzący
zaczynają swoje życie wiary z silnym zaufaniem do podstawowych prawd
wiary, które Bóg zawarł w swoim Słowie. Bez pewności zbawienia, bez
pewności wytrwania w zbawieniu, nie stać by mnie było na zbyt wielką
wdzięczność. Jednak jak tylko dowiedziałem się, że Bóg zbawia swój lud
zbawieniem wiecznym, jak tylko dowiedziałem się, że Bóg daje mu wieczną
sprawiedliwość, jak tylko dowiedziałem się, że Bóg stawia go na
wiecznym fundamencie swojej wiecznej miłości, o tak!, wtedy byłem
doprawdy zdumiony, że dany mi został dział w tak wielkim
błogosławieństwie.
Myślę, że teraz niektórzy zaczną
mówić o doktrynie o wolnej woli. Ja mogę jedynie powiedzieć, że
wystarcza mi doktryna o nieograniczonej łasce.
Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego
zostałem zbawiony. Znam tylko jeden powód: Bóg tak chciał. Osobiście
nie mogę odkryć, nawet przy największym wysiłku, żadnego śladu,
jakiegokolwiek powodu, dla którego Bóg miałby mi okazać swoją łaskę.
Jeżeli teraz w tym momencie jestem z Chrystusem, to powodem tego jest
jedynie to, że On tak zaplanował. A w tym planie stoi, że mam być tam,
gdzie On jest, i że mam mieć udział w Jego chwale. Koronę mogę złożyć
jedynie na Jego głowie, na głowie Tego, który mnie zbawił i uratował z
drogi, którą szedłem prosto do piekła. Kiedy patrzę na moje życie,
widzę, że za wszystkim stał Bóg, tylko Bóg. Nie użyłem żadnej pochodni,
by oświetlić słońce, to słońce oświetliło mnie. To nie ja powołałem
siebie do duchowego życia - nie, raczej wierzgałem i walczyłem
przeciwko sprawom Ducha. Kiedy mnie do siebie pociągał, przez pewien
czas opierałem się. W mojej duszy była naturalna nienawiść do
wszystkiego, co święte i dobre. Ostrzeżenia, kierowane pod moim
adresem, na nic się nie zdawały, trafiały w pustkę, a na gromy nie
zwracałem uwagi. A słowa Jego miłości znaczyły dla mnie mniej niż nic.
Dlatego teraz mogę powiedzieć z całą pewnością: „Jedynie On jest moim
ratunkiem”. To On zmienił moje serce i powalił na kolana.
Mogę sobie dobrze przypomnieć, jak w
jednym mgnieniu oka poznałem, czym jest łaska. Tak jak my wszyscy,
urodziłem się jako arminianin. Mocno wierzyłem we wszystko, co stale
słyszałem z kazalnicy i nie dostrzegałem Bożej łaski. Kiedy byłem na
drodze do Chrystusa, myślałem, że dam sobie radę sam i chociaż usilnie
Go poszukiwałem, nie miałem najmniejszego pojęcia o tym, że to
właściwie On mnie szukał. Nie wierzę, że człowiek dopiero co nawrócony,
zdaje sobie z tego sprawę. Pamiętam jeszcze dzień i godzinę, kiedy po
raz pierwszy pojąłem tę prawdę, kiedy - jak napisał John Bunyan -
została wypalona na moim sercu rozżarzonym żelazem i przypominam sobie,
że miałem wrażenie, jakbym w jednej chwili z dziecka wyrósł na
dorosłego mężczyznę. To był dla mnie wieki krok naprzód w mojej
znajomości biblijnej nauki, kiedy w końcu odnalazłem klucz do Bożej
prawdy.
Pewnego dnia siedziałem wieczorem w
kaplicy. Nie zastanawiałem się wiele nad tym, co mówił kaznodzieja,
gdyż nie wierzyłem w to, co mówił. I oto pojawiła się pewna myśl: „Jak
stałeś się chrześcijaninem?” Szukałem Boga. „Ale jak to się stało, że
zacząłeś szukać Boga?” W tym momencie zajaśniała w moim sercu prawda -
nigdy bym Go nie szukał, gdyby On wpierw nie wpłynął na moje myśli i
nie nakierował ich na szukanie Jego. Modliłem się, ale potem spytałem:
Jak to się stało, że zacząłem się modlić? Zostałem do tego zachęcony
lekturą Pisma Świętego. Ale jak to się stało, że zacząłem czytać Pismo?
Czytałem je, ale co mnie do niego przyciągnęło?
I wtedy, w jednym mgnieniu oka,
zrozumiałem, że Bóg jest przyczyną wszystkiego, że On jest dawcą mojej
wiary i w ten sposób stanąłem oko w oko z doktryną o łasce. Od tego
czasu doktryna o łasce stale mi towarzyszy: „Całą zmianę mojego życia
zawdzięczam jedynie Bogu.”
Po pierwsze chciałbym zapytać: Czy
nie musimy wszyscy przyznać, że przyszliśmy na ten świat zgodnie z
Bożym przeznaczeniem? Również ci ludzie, którzy podzielają pogląd, że
później, po narodzinach, posiadamy wolną wolę, aby kierować nasze kroki
tam, dokąd chcemy, muszą przyznać, że nie przez swoją własną wolę
przyszliśmy na ten świat, ale że Bóg o tym zadecydował. Czy mieliśmy
jakikolwiek wpływ na wybór naszych rodziców? Czyż nie Bóg dokonał za
nas tego wyboru? Czyż nie mógł sprawić, żebym narodził się w innym
kraju, na innym kontynencie, a moja matka nauczyłaby mnie oddawania
czci pogańskim bóstwom? A czy nie było w Jego mocy, aby dać mi głęboko
wierzącą matkę, która każdego dnia modliłaby się za mną?
John Newton chętnie opowiadał pewną
historię, z której sam się zawsze śmiał: Pewna zacna dama na poparcie
nauczania o wybraniu powiedziała: „Ach, wie pan, Bóg musiał mnie
pokochać, zanim się narodziłam, gdyż później nie znalazłby we mnie nic
godnego miłości.” Jestem pewien, że tak było również w moim przypadku.
Wierzę w doktrynę o wybraniu, gdyż jestem tego całkowicie pewny, że
jeżeli Bóg by mnie nie wybrał, to ja nigdy bym nie wybrał Jego. I
jestem tego pewny, że On wybrał mnie zanim się narodziłem, gdyż później
tego by nie zrobił. A wybrał mnie z powodów mi całkowicie nie znanych,
gdyż ja sam nie mogę znaleźć w sobie żadnego powodu, dla którego mógłby
mi okazać tak wielką miłość. Tak więc jestem zmuszony do przyjęcia tej
wielkiej biblijnej doktryny.
Przypominam sobie pewnego
arminiańskiego brata, który mi powiedział, że przeczytał Biblię 20 razy
albo nawet więcej, ale nie znalazł w niej doktryny o wybraniu. Potem
jeszcze dodał, że gdyby była w Biblii, to na pewno by ją znalazł, gdyż
czytał Biblię na kolanach. Wtedy mu odpowiedziałem:
"Myślę, że czytałeś swoją Biblię w
bardzo niewygodnej pozycji. Gdybyś ją czytał siedząc w fotelu, to być
może byś ją lepiej zrozumiał. Módl się zatem, im więcej, tym lepiej.
Ale wydaje mi się, że jest w tym pewna doza pychy, gdy się twierdzi, że
ma to jakiekolwiek znaczenie, w jakiej pozycji człowiek czyta Biblię. A
jeżeli chodzi o dwudziestokrotne przeczytanie Biblii bez znalezienia w
niej czegokolwiek o wybraniu: Cudem jest, że cokolwiek w niej
znalazłeś. Musiałeś w takim tempie przegalopować przez tę księgę, że
trudno jest oczekiwać, żebyś cokolwiek zrozumiał z jej znaczenia."
Jest czymś wspaniałym, widzieć rzekę
wypływającą w pełni swej mocy spod powierzchni ziemi, ale czym byłby
widok wielkiego źródła, z którego biorą swój początek wszystkie rzeki
ziemi, miliony rzek? Cóż za widowisko by to było! Kto może sobie coś
takiego wyobrazić? A jednak Boża miłość jest takim źródłem, z którego
biorą swój początek wszystkie strumienie łaski i chwały. Moja duszo -
stój nad tym świętym źródłem i uwielbiaj Boga po wieczne czasy; Boga,
który jest naszym Ojcem, który nas pokochał! Od samego początku, kiedy
jeszcze ten wielki wszechświat był jeszcze schowany w Bogu jak
nienarodzone lasy w jednej szyszce, na długo zanim echo odezwało się na
pustkowiu, zanim góry zostały zrodzone, a światło zajaśniało na niebie,
Bóg kochał swoje stworzenie. Zanim pojawiło się pierwsze stworzenie,
kiedy eter nie został jeszcze poruszony przez skrzydła aniołów, kiedy
wszechświat jeszcze nie istniał, kiedy nie było niczego oprócz Boga,
nawet wtedy, w tej Bożej samotności i w tej głębokiej ciszy, Jego
wnętrze było poruszone przez miłość do swoich wybranych. Ich imiona
były wypisane na Jego sercu, a Jego dusza miłowała je. Jezus kochał
swój lud zanim świat został stworzony - od wieczności! I kiedy zawołał
na mnie w swej łaskawości, powiedział do mnie: „Kochałem cię od zawsze,
dlatego pociągnąłem cię do siebie z czystej dobroci.”
Potem, kiedy czas się wypełnił,
oczyścił mnie swoją krwią. Dla mnie pozwolił wykrwawić się swemu sercu,
które na długo zanim ja Go pokochałem, zostało za mnie zranione. A
kiedy przyszedł do mnie po raz pierwszy, czyż nie odrzuciłem Go? Kiedy
pukał do moich drzwi i prosił o wpuszczenie, czyż nie odesłałem Go, a
Jego łaskę odrzuciłem? O tak, pamiętam jeszcze dobrze, że robiłem to
raz za razem, aż w końcu mocą swej łaski powiedział do mnie: “Muszę
wejść i wejdę”. Wtedy odmienił moje serce i spowodował, że pokochałem
Go. Czy mój Zbawca umarł za mnie, bo w Niego wierzyłem? Nie, nie było
mnie wtedy na świecie. „Ale”, powie może ktoś, „On przewidział twoją
wiarę i dlatego cię pokochał.” Ale cóż On takiego zobaczył, co
przewidział? Czy zobaczył, że sam z siebie w Niego uwierzę i zaufam Mu?
Nie, Chrystus nie mógł tego przewidzieć, gdyż żaden chrześcijanin nie
może powiedzieć, że uwierzył sam z siebie bez daru i działania Ducha
Świętego. Rozmawiałem na ten temat z wieloma wierzącymi osobami. Ale
nie znam żadnego, który z ręką na sercu mógłby powiedzieć: „Wierzę w
Jezusa bez pomocy Ducha Świętego.”
Muszę wierzyć w doktrynę o zepsuciu
ludzkiego serca, gdyż widzę, że ja też w moim sercu jestem zepsuty, a
dowody tego obserwuję każdego dnia. W moim ciele nie mieszka nic
dobrego. Nawet gdyby Bóg zawarł przymierze z nieupadłym człowiekiem, to
nawet wtedy ten człowiek miałby tak nieznaczącą wartość, że akt
zawarcia przymierza z nim, byłby aktem Bożej łaski. Ale kiedy Bóg
zawiera przymierze z upadłym człowiekiem, tak krnąbrną kreaturą, to
jest to aktem najczystszej, wolnej, przebogatej i suwerennej łaski.
Pewien niedawno zmarły człowiek
kazał umieścić pod własnym portretem godny uwagi napis: „Zbawienie jest
w Panu”. To brzmi jak synonim kalwinizmu. Jeżeli ktoś by mnie zapytał,
co rozumię pod określeniem kalwinista, odpowiedziałbym: „To człowiek,
który wyznaje: Zbawienie jest w Panu.” Nie znajduję żadnego innego
nauczania w Piśmie Świętym. Ono jest kwintesencją Biblii. „Jedynie On
jest skałą zbawienia mego.” Powiedz mi o czymś, co sprzeciwia się tej
prawdzie, a będzie to herezja. Powiedz mi o jakiejś herezji, a znajdę u
jej źródeł to, że odeszła od tej wielkiej, fundamentalnej, solidnej jak
skała prawdy: „Bóg jest skałą zbawienia mego”. Czyż waśnie to nie jest
herezją Rzymu, że próbuje dodać coś do doskonałego dzieła Chrystusa, że
wprowadza do gry ludzkie uczynki, aby wspierać nasze dążenia do
sprawiedliwości? A czyż herezja arminian nie polega na dodawaniu czegoś
do dzieła Chrystusa? Każda herezja, jeżeli dotrzemy do jej źródła,
okaże się opierać na tym samym. Uważam, że nie można głosić
ukrzyżowanego Chrystusa, jeżeli nie głosi się tego, co dzisiaj nazywa
się zazwyczaj kalwinizmem. Nazwa „kalwinizm” jest właściwie
przezwiskiem. Kalwinizm to Ewangelia, nic innego.
Jeżeli ktoś odpada od Świętego Boga,
to znaczy, że wszyscy mogą odpaść. Jeżeli jeden członek przymierza
ginie, to znaczy, że wszyscy mogą zginąć, a wtedy nie sprawdza się
żadna obietnica Ewangelii. Wtedy Biblia jest kłamstwem i nie ma w niej
nic wartego przyjęcia. Bóg nie zmienia swojego planu, dlaczego miałby
go zmieniać? On jest Wszechmogącym, dlatego zawsze może zrobić to, co
chce. Dlaczego by nie? Bóg jest wszechwiedzący i dlatego nie może
nakreślić błędnych planów. Dlaczego miałby się mylić? On jest wiecznym
Bogiem i dlatego nie może umrzeć, co by mogło wpłynąć na zmianę Jego
planów. Dlaczego miałby się zmienić? Wy, nic nie warte atomy ziemi,
płomień z kupy siana, insekty pełzające po laurach egzystencji, wy
lubicie zmieniać swoje plany, ale On nigdy. Czyż On nie powiedział mi,
że Jego planem jest, aby mnie zbawić? Zatem jestem zbawiony na wieki.
Nie wiem jak ludzie, którzy myślą,
że chrześcijanin może odpaść od łaski, są zdolni do tego, by być
szczęśliwymi. Jeżeli nie wierzyłbym w doktrynę o ostatecznym zachowaniu
świętych, wtedy byłbym najnędzniejszym z ludzi, gdyż wtedy nie miałbym
niczego, co mogłoby mnie pocieszyć. Wierzę, że najszczęśliwszymi i
najbardziej szczerymi chrześcijanami są ci, którzy nigdy nie odważają
się wątpić w Boga, ale którzy przyjmują Boże Słowo tak, jak zostało im
dane, wierzą mu i nie wątpią, gdyż wiedzą, że jeżeli Bóg coś mówi, to
jest to prawdziwe i pewne. Zaświadczam, że nie mam żadnego powodu, aby
wątpić w Boże Słowo. Wzywam niebo, ziemię i piekło, aby pokazały mi
choć jeden dowód na Bożą niewiarygodność. On jest Bogiem, który
dochowuje swoich obietnic. Doświadczy tego każdy, kto należy do Jego
ludu.
Wiem, że są ludzie, którzy uważają,
że ich system teologiczny wymaga ograniczenia wartości krwi Chrystusa.
Jeżeli mój system teologiczny by tego wymagał, wtedy porzuciłbym go jak
najszybciej. Nie odważam się nawet dopuścić do siebie tej myśli, wydaje
się być zbyt bliska bluźnierstwu. Wartość doskonałego dzieła Chrystusa
wypełnia bezbrzeżne morze. Moja kotwica nie znajduje dna, a mój wzrok
nie dostrzega brzegu. W krwi Chrystusa jest wystarczająco mocy, by,
jeśli Bóg by tak chciał, nie tylko zbawić wszystkich ludzi w tym
świecie, ale też w 10000 innych światów. Jeżeli zgodzimy się z Jego
nieskończonością, wtedy nie może być mowy o ograniczeniu. Jeżeli mamy
do czynienia z boską ofiarą, wtedy nie można myśleć o jej ograniczonej
wartości. Określeń „ograniczenie” i „granica” nie można odnieść do
boskiej ofiary. To prawda, że Boży plan ściśle określa zastosowanie
nieskończonej ofiary, jednak nie czyni z niej ograniczonego dzieła.
„Wielki tłum, którego żaden człowiek
nie jest w stanie policzyć” będzie w niebie. Myślę, że większy niż w
piekle, gdyż Chrystus musi „we wszystkim górować”. I nie mogę sobie
wyobrazić, że pod panowaniem szatana znajduje się więcej ludzi niż pod
panowaniem Chrystusa. Poza tym nigdzie nie przeczytałem, że w piekle
będą tak wielkie tłumy, że nikt ich nie będzie mógł zliczyć.
Są wreszcie i tacy, którzy kochają
doktrynę o zbawieniu wszystkich ludzi, gdyż mówią: „Ona jest taka
wspaniała. To jest cudowna idea, że Chrystus umarł za wszystkich ludzi.
Sama przykleja się do ludzkiej duszy. Jest w niej coś radosnego i
pięknego.” Muszę przyznać, że tak jest, ale często piękno idzie w parze
z fałszem. Mógłbym podziwiać pewne elementy uniwersalizmu, ale chcę tu
jedynie wykazać, jakie są konsekwencje przyjęcia takiego poglądu.
Jeżeli Chrystus umarł na krzyżu, aby
uratować wszystkich ludzi, to jego zamiarem było też uratowanie tych,
którzy przed Jego przyjściem umarli i odeszli na potępienie. Jeżeli
takie nauczanie jest prawdziwe, to umarł On również za tych, którzy
znajdowali się w piekle, jeszcze zanim On przyszedł na ziemię, a
takich, którzy ze względu na swoje grzechy odeszli na potępienie, było
wtedy już na pewno bardzo wielu. Jeszcze raz: jeżeli zamiarem Jezusa
było zbawienie wszystkich ludzi, jak bardzo musiał być zawiedziony, a
mamy przecież Jego własne świadectwa o jeziorze wypełnionym płonącą
siarką, a właśnie w to jezioro zostali wrzuceni niektórzy z tych,
których, jako uniwersalny Zbawca, odkupił swoją krwią. Jednak ta myśl
wydaje mi się być tysiąckrotnie bardziej poroniona niż te wszystkie
wnioski, o których się mówi, że jakoby pochodzą od kalwińskiej i
chrześcijańskiej doktryny o szczegółowym i indywidualnym odkupieniu.
Wyobrażenie tego, że mój Zbawca zmarł za ludzi, którzy byli i są w
piekle, wydaje mi się zbyt okropne, by mogło się ostać.
Nie ma nikogo, kto by mocniej
trzymał się doktryny o łasce niż ja. Jeżeliby ktoś mnie zapytał, czy
wstydzę się być nazywany kalwinistą, odpowiedziałbym: Chcę być nazywany
jedynie chrześcijaninem. Ale jeżeli zapytasz się, czy uważam za słuszne
nauczanie Jana Kalwina, wtedy odpowiem, że uważam je za jak najbardziej
słuszne. Chętnie to wyznaję. Ale daleko mi do twierdzenia, że na
Syjonie znajdują się jedynie kalwińscy chrześcijanie, albo że nikt, kto
nie jest kalwinistą nie będzie zbawiony. Powiedziano już okropne rzeczy
o rzekomym charakterze i duchowości Johna Wesleya, współczesnego
reprezentanta arminianizmu. Mogę jedynie powiedzieć, że - nawet jeżeli
odrzucam niektóre z jego doktryn - odczuwam dla niego wielki szacunek.
Jeżeli można by było dołączyć jeszcze dwie osoby do grona apostołów,
nie mógłbym znaleźć nikogo bardziej do tego pasującego niż George
Whitefield i John Wesley.
Nie sądzę, że odróżniam się w
czymkolwiek, w co wierzę, od moich tzw. hiperkalwińskich braci. Ale
odróżniam się od nich w tym, w co oni nie wierzą. Nie trzymam się
słabiej niczego, czego oni się trzymają, ale wydaje mi się, że trzymam
się odrobinę mocniej prawdy Pisma Świętego. System prawdy, objawiony w
Piśmie Świętym, nie jest jedną prostą linią, ale dwoma. I nikt nie
uzyska właściwego obrazu Ewangelii, jeżeli nie nauczy się patrzeć na
obie na raz. Na przykład czytam w jednej księdze Biblii: „Duch i
oblubienica mówią: Przyjdź. I kto słyszy, ten mówi: Przyjdź. A kto jest
spragniony, ten przychodzi i bierze za darmo wodę życia”. A potem
znajduję na innym miejscy tego samego natchnionego Bożego Słowa
stwierdzenie, że nie jest to sprawą czyichkolwiek starań i zabiegów,
ale Bożego zmiłowania. Na jednym miejscu widzę, jak Bóg w swej wiedzy
uprzedniej stoi ponad wszystkim, a jednak widzę, i nie mogę tego
zignorować, że człowiek postępuje, jak chce, i że Bóg jego postępowanie
pozostawił w jego rękach i jego wolnej woli. Jednak jeżeli z jednej
strony utrzymywałbym, że człowiek jest tak wolny w swoim postępowaniu,
że Bóg nie sprawuje kontroli nad jego postępowaniem, to niebezpiecznie
zbliżyłbym się do ateizmu. Ale gdybym z drugiej strony twierdził, że
Bóg nadzoruje wszystko w taki sposób, że człowiek nie jest na tyle
wolny, aby być odpowiedzialnym za swoje postępowanie, wtedy skończyłbym
na antynomiźmie lub fataliźmie. Boża predestynacja i ludzka
odpowiedzialność są dwoma faktami, które jedynie niektórzy jasno widzą.
Uważa się je za nie do pogodzenia, za dwie sprzeczności, ale tak nie
jest. Problem leży w naszej kiepskiej zdolności do osądzania. Dwie
prawdy nie mogą sobie przeczyć. Zatem kiedy na jednym miejscy w Biblii
znajduję, że wszystko jest z góry ustalone, to tak rzeczywiście jest. A
kiedy na innym miejscy znajduję, że człowiek jest odpowiedzialny za
wszystkie swoje czyny, to również to jest prawdą. Dlatego jeżeli
uważam, że te dwa stwierdzenia mogłyby sobie kiedykolwiek przeczyć, to
zrobiłbym tak jedynie z powodu mojej głupoty. Nie sadzę, że mogą one
zostać ukute do jednej prawdy na jakimkolwiek ziemskim kowadle, ale w
wieczności na pewno będą jednym. Są jak dwie równoległe proste, które,
jak sądzimy, nigdy się nie spotykają. Jednak one spotykają się gdzieś
tam w nieskończoności, przed Bożym tronem, z którego bierze swoje
źródło wszelka prawda.
Często mówi się, że doktryny, w
które wierzymy, mają tendencję, by sprowadzać nas do grzechu. Już
słyszałem twierdzenie, że te wielkie doktryny, które kochamy i które
znajdujemy w Piśmie Świętym, są niemoralne. Chciałbym się dowiedzieć,
kto ośmiela się tak twierdzić, skoro wie, że najbardziej święci ludzie
wierzyli w te doktryny. Pytam się tego, kto ośmiela się twierdzić, że
kalwinizm jest niemoralną religią, co mógłby powiedzieć o charakterze
Augustyna, Kalwina lub Whitefielda, którzy w różnych wiekach byli
wielkimi reprezentantami systemu łaski. Albo co mógłby powiedzieć o
Purytanach, których książki pełne są tej nauki? Jeżeli w tamtych
czasach ktoś był arminianinem, wtedy uważano go za najbardziej
wstrętnego heretyka, jaki chodził po ziemi. Dzisiaj nas uważa się za
heretyków, oni są ortodoksami. Ale my mamy wiarę starej szkoły, możemy
odwołać się aż do apostołów. To właśnie nauczanie o łasce uratowało
nas, baptystów, jako denominację. Gdyby nie to, nie istnielibyśmy już
więcej. Możemy pociągnąć złotą linię prosto do Jezusa Chrystusa, linię,
która jest świętą rzeszą mocarnych ojców, którzy trwali przy tej
cudownej prawdzie i możemy zapytać: „Gdzie można znaleźć lepszych i
bardziej świętych ludzi na ziemi?” Żadne inna nauka, oprócz doktryny o
Bożej łasce, nie nadaje się tak dobrze do tego, aby trzymać ludzi z
dala od grzechu. Ten, kto nazywa ją niemoralną, po prostu jej nie zna.
Tłum. B. Jarmulak